Odlot z Moskwy o czasie, podróż z dość licznymi turbulencjami, lądowanie grzeczne i dokładne. Urzędnicy induscy nie kazali nam przepisywać kwitków i ogólnie nie dokuczali nam. Taksówka pre-paid z lotniska pod dworzec New Delhi kosztuje 500 Rs. Usiedliśmy w budach naprzeciwko dworca tak jak 3 lata temu (pozdrowienia dla Reni, Agaty, Dominiki, Mateusza i Bartka) i zjedliśmy pierwszy indyjski posiłek. Tym razem nie było żadnych szczurów w knajpie i wszystkim smakowało.
Poszedłem do hotelu w którym mieszkaliśmy na końcu naszej ostatniej podróży (JJ International). Pokój 600 Rs – śpię z Felkiem w tym samym co z Bartkiem 3 lata temu. Felek pobiegał rano po mieście, załatwił w agencji kupno brakujących biletów kolejowych – dogadał się swoim językiem, tak zwanym „migowym hidglish”, ale się dogadał! Brawo Felek, szczęśliwie minęły tę czasy kiedy wbiegałem na 5 piętro hotelu, żeby dowiedzieć się od portiera, że prosił tylko żeby uważać na klucze.
Z temperaturą szaleństw nie ma – po wylądowaniu było 16 stopni, w dzień około 25, ale tak chyba jest dobrze, bo nikt nie umiera ze zmęczenia. Odwiedziliśmy znajomą kawiarnię na dachu, niestety Kinfishera tam już nie uświadczysz (ani żadnego innego piwa). Musimy się trochę przygotować bo jutro początek zdjęć . Pojechaliśmy na rekonesans do Old Delhi, powłóczyliśmy się po bazarach, zjedliśmy dość podejrzanie wyglądającego kurczaka w barze na zapleczu sklepu odzieżowego i wróciliśmy w okolice hotelu. Spotkałem się ze znajomym „mieszaczem przypraw” i umówiliśmy się na czwartek rano. Chyba będzie śmiesznie…
Wyrobiliśmy dwie karty telefoniczne (nic się nie zmieniło, potrzebne są: zdjęcie paszportowe, ksero paszportu, cztery podpisy), ale i tak trzeba było zgłosić się jeszcze raz do poprawki, bo coś nie działało. Byliśmy trochę zmęczeni, więc trzeba było kłaść się do łóżek. Sen przyszedł bez żadnych kłopotów…