Byliśmy dzisiaj na spacerze i wpadliśmy do Pearl. Przywitaliśmy się z Biszu (zdjęcia), wypiliśmy po piwku i wyruszyliśmy na umówiony obiad w Blue Sea. Okazało się, że był umówiony tylko teoretycznie, bo chłopaki zabrali się do pracy dopiero jak nas zobaczyli. I były nerwy, włącznie z próbą wychodzenia. Najbardziej naładowany był Bartek, ale w zasadzie po ponad dwóch godzinach czekania każdy był głodny, a co za tym idzie – zły. Kaczka, którą mieliśmy zjeść z Agatą była twarda jak skała, tuńczyk uduszony w liściu bananowca – średni, krewety OK. Zapłaciliśmy jak za zboże, wyszliśmy wkurzeni do tego stopnia, że zapomnieliśmy odliczyć od rachunku zaliczki sprzed dwóch dni (Indusi oczywiście też zapomnieli).
W centrum pełno ludzi, wydarzeniem dnia jest finał mistrzostw świata w krykiecie pomiędzy Srilanką, a Indiami (następnego dnia dowiedzieliśmy że Indie wygrały). Wszyscy stoją przed telewizorami i oglądają. Wieczór przy grze w kości i spać. Wykończy nas to lenistwo!