Wstaliśmy jak to ostatnio bywa, bardzo wcześnie. O 9.35 odlatuje nasz samolot linii Jetlite do Port Blair (zdążyliśmy jeszcze pójść do Blue Sky na szybkie śniadanie). W Port Blair byliśmy w samo południe, szybka akcja pt. bieg po permity i bagaże i szybko w riksze i do portu. Niestety nie udało się tak jak 2 lata temu pojechać „z biegu”. Zresztą teraz mieliśmy inne preferencje, bo postanowiliśmy zaszyć się w jednym miejscu (na Neil Island), a jak się komuś znudzi to niech się przemieszcza na własną rękę. Promy z Port Blair kursują: na Havelock 6.20, 11.30, 14.00; na Neil 6.30, 11.30 (ten drugi płynie też na Havelock). Postanowiliśmy kupić bilety na następny dzień, ale potrzebne było ksero naszych permitów, a nikt nie wpadł na to, żeby zarabiać na tym na miejscu. Pojechaliśmy więc do miasta, do znanego mi z poprzedniego pobytu City Heart. Najpierw krzyczeli 900 rp za pokój, potem zeszli do 750rp. Tymczasem Renia i Agata znalazły naprzeciwko nie gorsze pokoje za 600 rp i tam poszliśmy. Hotel jest blisko Aberdeen Bazar, vis a vis malutkiej, ale dość charakterystycznej świątyni Ganesa, a nazywa się SKP Lodge (chyba taki skrót). Bartek z dziewczynami zostali wysłani na dół do New Lights Restaurant (Zając, pamiętasz baraccudę?). A my z Mateuszem wybieraliśmy się po bilety do portu. Przedtem jednak wypiliśmy po piwku w znajomym barze przy Aberdeen Bazar (Castle Beach – z ciemnymi szybami). Black Label Premium – 90 rp za butelkę. Rikszą do jetty 50 rp. A tam Sodoma i Gomora! Ludzi jakby przybyło, kilkanaście kolejek, wszyscy się drą! Stanęliśmy, a przed nami 11 Indusów. Co chwila ktoś podchodził z boku, a policjant udawał tylko, że interweniuje. Po 20 minutach nie posunęliśmy się nawet o jedno miejsce. Wkurzyłem się, stanąłem przy słupie i każdemu kto grzecznie chciał mnie minąć mówiłem, że na 100% nie kupi biletu zanim ja go nie kupię. Gościa , który przedostał się bokiem ku uciesze Innych lokalesów – wygoniłem. Mateusz zablokował lewą stronę i sprzedaż ruszyła! Wszyscy oczywiście pchali się na wszystkich – tak tu mają, myślą po prostu że tak jest szybciej. Ciekawa koncepcja
Po 1,5 godzinie udało się! Mamy bilety na jutro, na 6.30! Pojechaliśmy do knajpy, zjedliśmy po kilogramowym snapperze tandoori, ale jak się okazało piwa nie ma! Po sieście zalegliśmy we wspomnianym wcześniej barze, potem zabiliśmy w pokoju dwa gigantyczne karaluchy i spać, bo o 5.40 odjazd rikszami na prom.